Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32]


P.N. Chitwan - Pokhara

sobota, 24 III 2007


Dziwogony i bibile |Droga, wśród ryżowych tarasów |Nepalskie problemy z benzyną |Łódką po jeziorze |Kolacja przy świecach ;-)


Chitwan: bibil

Pijemy kawę i o 6.15 idziemy z hotelowym chłopakiem na oglądanie ptaków. "Bird watching" zaczyna się dość śmiesznie - chodzimy po ogrodzie z Nepalczykiem, a ten nam pokazuje jakieś wróbelki, których nazw cierpliwie wyszukuje w podniszczonym atlasie ornitologicznym. Hm, mam nadzieję, że będzie trochę zajęć w terenie ;-) Na razie idziemy nad rzekę, ptaszki śpiewają, przewodnik stara się jak może, lecz w zasięgu wzroku są tylko drobne okazy. Ku naszemu zaskoczeniu nad rzeką skręcamy w lewo, w kierunku kasy Parku. Hm, spodziewałem się spaceru po lesie! W oddali biała czapla spaceruje po brzegu, kaczka wydłubuje coś z błota, inny ptaszek czatuje na rybkę siedząc na kołku wystającym z wody. Może to i miłe widoki, ale jesteśmy rozczarowani. Dopiero w okolicy kasy Parku trafiamy na coś ciekawszego. Między drzewami lata stado dziwogonów (drongo) - ten gatunek ptaków ma "podwójny" ogon. Obok, na drzewach siedzą bibile (pycnonotidae) - to takie zabawne ptaszki z czubkiem na głowie. W drodze do domu oglądamy kilka synogarlic i innego drobiazgu.

I to tyle Chitwanu. Było OK. Chociaż zabrakło krokodyli, a dżungla okazała się nieco wydeptana - jestem zadowolony. Zwłaszcza fotograficzne "bezkrwawe łowy" na nosorożca nas usatysfakcjonowały. Nie żałuję "straconych": pieniędzy. Chitwan: orka

O 9.00 menadżer hotelowy odwozi nas pożyczonym dżipem do autobusu. Startujemy do Pokhary z półgodzinnym opóźnieniem. Miejscowy dziadek dobija nas stwierdzeniem, że na miejscu będziemy o 15.00. A przecież to tylko 150 kilometrów! Sześć godzin?!
Rzeczywiście, jedziemy niezbyt szybko, wciąż dobieramy pasażerów, często się zatrzymujemy. Trasa początkowo prowadzi wzdłuż znanej nam rzeki Trisuli, w miejscowości Mugling skręcamy w prawo. Stąd już tylko 93 kilometry do Pokhary. Droga przez dolinę wyprowadza nas na przełęcz, z lewej i z prawej zalane wodą tarasy ryżowe. Sporo wieśniaków pracuje w polu, orzą wołami lub sadzą ryż.

Klimat subkontynentu indyjskiego pozwala na dwa plony ryżu w ciągu roku. A ponieważ w różnych częściach kraju są różne warunki wegetacyjne - to wybierając się w marcu na tramping jesteśmy w stanie zaobserwować wszystkie stadia uprawy tej uniwersalnej rośliny: zielone źdźbła, żniwa, ścierniska. Miliony wieśniaków uprawia swe poletka, by wyprodukować 129 mln. ton ryżu rocznie. Swoją drogą... gdyby przyroda poskąpiła swych możliwości, gdyby nie było tyle dostępnego pożywienia - czy doszłoby do takiej eksplozji demograficznej w Chinach i w Indiach? Droga do Pokhary pola ryżowe:
Zostawmy jednak sprawy przeludnienia, zwłaszcza że nie jesteśmy w pięknym Nepalu. Właśnie zziajany autobus wjechał na przełęcz i zaczynamy zjeżdżać ku Dolinie Pokhary. Tu mniej pól ryżowych; rzeka, która nam towarzyszy, pod koniec dnia opada na dno szerokiej doliny o wysokich brzegach. Wielkie koparki wydobywają z rozlewiska materiał budowlany.

W Pokharze czeka na nas hotelarz z wypisanymi na kartce nazwiskami. No, chłopcy z "Forest Resort" nie odpuścili... Jedziemy do "Gauri Shankar Guest House", zaprzyjaźnionego hotelu. Menadżer siedzi przy biurku obłożonym kolorowymi folderami. "Namaste!". Uprzejmie pytam o trekkingi i połączenia autobusowe, facet sprawdza dla mnie ceny biletów do granicy indyjskiej. Życzy miłego pobytu i wręcza nam świeczki. Przydadzą się w nocy, na pewno ;-) Teraz szybka herbata i idziemy "w miasto". Zdaje się, że nie ma tu zbyt wiele do oglądania, nie szkodzi, naszym priorytetem jest załatwienie na jutro taksówki do Sarangkot (1700 m n.p.m.), punktu widokowego na Annapurnę, oraz biletów do Sonauli, miejscowości przy granicy indyjskiej. Bilety znajdują się szybko (380 rupii, kurs o 8.00 rano), gorzej z taksówkami, których, jak na złość w tej części Pokhary (Lakeside) brakuje. W końcu jest! Proponujemy Nepalczykowi 500 rupii za transport tam i z powrotem oraz za transport na dworzec. Dziś ja mam "fixed price". Taksówkarzowi nie pozostaje nic innego jak się zgodzić. Cena jest znacznie niższe od proponowanej przez hotelarza (900 rupii) i przypadkowe biuro turystyczne (1200 rupii). Później, w hotelu menadżer zdziwi się, że taką cenę uzyskaliśmy. W Pokharze, w związku z ciągłymi zatargami indyjsko-nepalskimi znów brakuje importowanej benzyny, kierowcy nie chcą jeździć. Chitwan: jędza

Mamy teraz czas na relaks - wybieramy polecaną nam przez szwajcarskie dziewczę przejażdżkę łódką po jeziorze Phewa Tal. Tu, na małej wysepce znajduje się świątynia Varahi z "dziką" inkarnacją Wisznu. Łódki zabierają trzy lub dziesięć osób, cena ta sama - 10 rupii. Tylko dlaczego ta wstrętna baba, która robi za bileterkę w rodzinnym interesie (syn wiosłuje) chce od nas po 20 rupii? Czy ja wyglądam na bogatego Niemca płynącego z nami, który bez zmrużenia okiem zapłacił żądaną sumę? Po piętnastu minutach i okrążeniu wysepki wysiadamy, a babsztyl chodzi za mną cały czas i krzyczy do mnie i do innych, że nie zapłaciłem. Teraz się zastanawiam, czy mafia łódkowa nie zostawi nas na wysepce. Wrrrr... zepsuła mi humor, odechciało mi się oglądania nawet tej świątyńki. Inna rzecz, że jest ona zupełnie nieciekawa, za to widoki na jezioro i otaczające Pokharę góry - całkiem, całkiem...
Wracamy inną łódką odprowadzani złowrogim wzrokiem Nepalki. Szwendamy się trochę po sklepach. Z pobieżnych obserwacji wynika, że ceny pamiątek są znacznie wyższe niż w Kathmandu.
Hance znów zepsuł się pasek przy bucie, zatrzymujemy się przy ulicznym szewcu. Warsztat pracy Nepalczyka mieści się w niewielkiej skrzyneczce. Przysiadamy się na krawężniku, z przyjemnością przyglądam się zgrabnym ruchom rąk mężczyzny. Znalazł odpowiedni kawałek skórki, sprawnie przyszywa grubą dratwą. Uśmiechamy się do siebie. Daję mu 20 rupii, widocznie to sporo za tę drobną naprawę, gdyż bez słowa wziął się za naprawę nadwerężonych pasków u drugiego buta. "Dhanyabaad!", dziękujemy. Chitwan: Phewa Tal

Pokhara pogrąża się w ciemnościach. Planowane wyłączenie prądu, skąd my to znamy? W sklepach i w knajpkach pojawiają się zapalone świece, tylko gdzieniegdzie słychać pracujący agregat prądotwórczy. No cóż, Królestwo Nepalu ma najwyższy szczyt świata, ale energię elektryczną musi importować. Biedny król, musi żyć w zgodzie z dwoma potężnymi sąsiadami. W knajpie przy "naszej uliczce" jemy po ciemku skromną obiadokolację. Hanka - omlet, ja thali. Dopiero przy płaceniu okazuje się, że posiłek nie był taki skromny - wybrałem sobie "special thali"

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej