Dzień: [0-1] [2] [3] [4-5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31-32] [33] [34]


Chatgał-Moron

piątek, 16. VII 2004


Pożegnanie z Chubsugułami |"We are from ju-es-ej" |Grzegorz wcina tuszonkę |Na koń! |Stawiam na swoim |Noc w Moron


Elementy architektury buriackiej (?) w Chatgał

Dziś pożegnanie z Chubsugułami. Cóż, nie będę ukrywać swego rozczarowania. Byliśmy tu, co prawda pięć dni, lecz prawdziwie górskich tras było tylko dwa dni - to stanowczo za mało dla mnie. Jeśli miałbym komuś doradzać, jak wykorzystać czas nad Chubsugułem to polecam wynajęcie - jednak! - koni jucznych i kilku-, kilkunastodniową wędrówkę dolinami i przełęczami.

Nawet wcześnie wstajemy i pakujemy się. Gotowy staję przy drodze, Grzegorz jeszcze się pakuje i... "Masz papier toaletowy na wierzchu?" Hm, czy nie powinieneś mieć swojego papieru na wierzchu, Grzesiu? To są niby drobiazgi, ale jakże wpieprzające.

Z dobrą godzinę zatrzymujemy samochody - i nic. W końcu zatrzymuje się lepszy, japoński dżip, z tyłu jedno wolne miejsce, pakujemy się. Dwie tłuste, stare Amerykanki są zdegustowane. "Oh they're two men, not one". Cóż, Grzegorz jeszcze dopijał herbatę między drzewami. 'We are from Ohio" - mówi druga. "Ju-es-ej"- tłumaczy, jakby nie każdy Polak czy inny Mongoł wiedział, że ta piękna kraina krów, kopalń i fabryk leży w Stanach Zjednoczonych. Grzegorz jak zwykle zaczyna swą prezentację wyjmując zestaw widokówek, opowiada o swych możliwościach turystyczno-marketingowych. Ja się trochę uśmiecham, trochę zaś boję, by starsza pani nie wyzionęła ducha - biedactwo źle znosi mongolskie wertepy, robi się jej niedobrze, musimy zatrzymywać samochód. Dżip zawozi je na lotnisko w Chatgał, 24-miejscowy samolot już na nie czeka. Grzegorz wciska im swój e-mail, szarmancko całuje babsztyla w rękę. Dostaje cukierki. Mongolska rodzina

OK. Teraz pora, by odebrać pozostawione przed tygodniem rzeczy w ger-campie. Coś takiego, jaka długa droga przez wieś? Grzegorz zastanawia się, czy aby zapakowanie betów w czarny worek na śmieci nie zostało - wobec braku zdolności językowych Mongołów - opacznie zrozumiałe. Nie sądzę. Primo: rozmawiałem z nimi po mongolsku ;-) secundo: nie ma tu jeszcze zwyczaju gromadzenia śmieci w workach...
Odpoczywamy potem pod drzewem, Grzesiek pałaszuje na zimno puszkę rosyjskiej tuszonki - rzadko kiedy widziałem tak nieapetyczną konserwę. Zjadłbym już raczej Whiskasa! Skutki obżarstwa nie każą na siebie długo czekać - w dalszej drodze musimy się co kilkadziesiąt metrów zatrzymywać...

Czas na przejażdżkę konną. Zaczepiony chłopak ma konie, (co prawda nie swoje, lecz sąsiada) ustalamy cenę na 5000T/h za trzy konie (z przewodnikiem). 'Jasne, że jeździłem na koniu...' Grzegorz z góry zastrzega "one hour, just walk". Idziemy do jurty nad jeziorem. Starszy Mongoł - właściciel koni przyprowadza trzy szkapy, siodła. Trwa to dość długo, jest czas, by pogadać z chłopakiem. Okazuje się, że to wrestlingowiec pierwszej klasy, zajął drugie miejsce w klasie free-style w Moron podczas ostatniego Naadamu. Widać jednak, że to poniżej jego ambicji, bo co chwilę wyzywa mnie do walki. Nic z tego, młody człowieku, naparzaj się z Grzegorzem. Wolę przypatrywać się przygotowaniom koni. Jeden z nich po założeniu siodła bryka i wierzga, pewnie nieprzyzwyczajony. Mongoł niestety nie chce mi go dać, przeznaczył dla mnie największego siwka. Co prawda strzemiona są za wysoko, ale skórzane siodło wcale nie jest twarde. Sterowanie jest proste: trzymasz dwa sznurki, jednym z nich majtasz konia po grzywie mówiąc "ciu, ciu" - koń idzie prosto. Pociągasz sznurek w prawo lub w lewo - koń skręca.
Jedziemy... ale coś za wolno... Delikatnie zachęcam nogami i końcem drugiego sznurka konia, by przyspieszył i... to działa! Koń idzie stępa a nawet przechodzi w kłus. Dobrze, że znajdujemy się na szerokiej łące, na nic nie wpadniemy, mam nadzieję, że koń w końcu się zmęczy i zatrzyma ;-) Moje członki wykonują zupełnie nieskoordynowane z koniem ruchy, i jak później zgodnie stwierdzi Grzesiek z wrestlingowcem, wygląda to komicznie, niczym na kreskówce. Ale, co mi tam! To była jazda! "A mówiłeś, że nigdy nie jeździłeś na koniu" - Grzegorz mi wyraźnie niedowierza. Hm, zgadza się, to mój pierwszy raz, za drugim chciałbym pogalopować :-D
Wyjeżdżamy za wieś w kierunku lotniska. Koń Grzegorza człapie prowadzony cały czas na sznurku przez przewodnika, ja od czasu do czasu robię "skok w bok". Niestety mój koń dostaje zadyszki i zaczyna charczeć. OK, wracamy niespiesznie do jurty. Jestem zadowolony, teraz mogę już opowiadać "Jasne, że jeździłem na koniu, ho! ho!" a na dowód przedstawiać dwie dziury w tyłku zrobione mi przez siodło.
Żegnamy się, jeszcze pamiątkowe zdjęcie, i idziemy łapać stopa do Moron. Po chwili wsiadamy do pustego busa (4000T). Jest czwarta i znad Ich Uuł wypełza (jak zwykle o tej porze) potężna biała chmura, wkrótce ciemnieje i rozlegają się pierwsze grzmoty. Burza ściga nas aż do Moron. Arat spotkany w drodze do Moron

U Sary, w jej guest house'ie grupa turystów zajmuje jurtę. Dostajemy pokój w jej domu. Pryska marzenie Grzegorza o ciepłym prysznicu, jest tylko kubek wody do mycia. W dodatku w mieście nie ma prądu od dwóch tygodni, dostajemy od Sary dwie świeczki i po dwa litry wody do mycia w podwórkowej "łazience" (blaszanka z patyczkiem: wpychasz patyk - woda leci). Dla mnie jest jasne, że należy się stąd nazajutrz wynosić, jeśli nie wprost do Terchijn Cagaan Nuur (a z tym mogą być kłopoty) to do Ułan Bator. Grzegorz jest odmiennego zdania, chciałby poprać rzeczy - choćby w rzece, wyspać się, odpocząć. Cholera! Tym razem nie ustępuję. Sprzyja mi jednak szczęście - dwóch Francuzów (tych samych, z którymi jechaliśmy do Chatgał) teraz poszukuje towarzystwa do wynajęcia dżipa do Terchijn Cagaan. Jutro będziemy szukać transportu.
Wieczorem Grzegorz obcina paznokcie dzieciom Sary. "Nie mogłem już na to patrzeć" - powie rano. Tak! Sara to kobieta europejska: makijaż, e-mail, wizytówki... a dzieci tak zaniedbane! Ja nocuję jednak w jurcie - jest jedno wolne miejsce. Jurta jest oczywiście turystyczna, obwieszona kolorowymi kapami z prostymi łóżkami wokół i umywalką. Śpią tu Francuzi i europejska para podróżująca rowerami. Przyjechali tu właśnie z Terchijn Cagaan. Brawo! To naprawdę trudna górska droga (abstrahując od tego, że wszystkie drogi są tu okropne). Noc w Moron

Noc w Moron. Miasto pogrążone w mroku, wszędzie rozbrzmiewa ujadanie psów. Chciałoby się zawołać: "Nochoj chor" ;-)
Sympatyczna para Szwajcarów, właśnie opuszcza guest house - jadą do stolicy w konwoju ziłów należących do przedsiębiorstwa poszukującego ropy naftowej. Właśnie pod bramę podjechały dwie ciężarówki z przyczepionymi cysternami. Młodzi ładują się do kabiny. Wydają się tacy mali w tej wielkiej maszynie... Szperacze włączone, silniki już zapuszczone. Przeraźliwy dźwięk klaksonów przeszywa noc i konwój rusza. Sceneria niczym z "Ceny strachu" Georgesa Arnaud. Ależ im zazdroszczę tej nocnej jazdy!

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej