Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32] [33] [34] [35] [36] [37] [38] [39] [40] [41] [42] [43] [44] [45] [46] [47-48]


Changchun - Manzhouli

sobota, 20 VIII 2005


Poznaję Halinę |"Rosyjskie" miasteczko


Mongolia Wewnętrzna

Drugi dzień podróży do Manzhouli. W pociągu spotykam parę Rosjan wracających z Pekinu po nieudanej próbie podjęcia pracy w charakterze nauczyciela języka angielskiego lub rosyjskiego. Musieli tej pracy wyjątkowo intensywnie poszukiwać, gdyż nie widzieli nawet Wielikoj Stienki. Chcieliby przekroczyć granicę jeszcze dzisiaj, czeka ich podróż do Irkucka, gdzie mieszkają. Inna Rosjanka, którą wypatrzyłem kilka foteli dalej okazuje się być... Polką. Halina jest nauczycielka z Lublina, w drodze jest prawie miesiąc, lecz połowę czasu zajął jej pobyt nad Bajkałem i przejazd przez Mongolię. To wyprawa jej życia. Wygląda na osobę nie przejmującą się niczym i... radzącą sobie. Ta część Chin - Mongolia Wewnętrzna, jak łatwo się domyślić, krajobrazowo nie jest zbyt urozmaicona: stepy i łąki. W pewnym momencie jedziemy wśród żółtych wydm, pstrykam więc zdjęcia imaginując sobie, że to Gobi - niezrealizowany cel sprzed roku. Dawno już minęliśmy Harbin, który w ciągu ostatnich lat stracił swoje początkowe "C". Odliczam te ostatnie godziny drogi.

W Manzhouli para rosyjska chwilowo się odłącza: jadą na przejście graniczne - chcą koniecznie przekroczyć dziś granicę, by kupić bilet do Irkucka. Ja i Halina idziemy szukać hotelu. Miasteczko jest szokujące: wszędzie na ulicy słyszy się rosyjski, wzrok przyciągają barwne neony: "Magazin", "Bar", "Gostinica". Wszędzie na wystawach skidki i prodaża. Manzhouli Okazuje się, że znalezienie wolnego pokoju jest nie lada problemem. Mimo, że na jednej ulicy czasem jest i kilka hoteli, brak jest wolnych miejsc. Udaje mi się w końcu znaleźć pokój w obskurnym hoteliku (25Y/os w pokoju czteroosobowym).

Halina ciągnie mnie na zakupy, chce koniecznie kupić sobie żółtą torebkę. Ja najpierw muszę wiedzieć, skąd jutro jadą autobusy do Zabajkalska: Na szczęście budynek dworca jest niedaleko (na północny wschód od dworca kolejowego). Teraz zakupy. Odcieni żółtego jest dużo, kształtów torebek jeszcze więcej, a i sklepów tu pod dostatkiem - chodzenia jest więc dużo. Zdążyłem przy okazji kupić CD z muzyką chińską, nową baterię do zegarka i wysokoprocentową nalewkę z korzeniem żeń-szenia, ziołami i... żmiją.
Idziemy coś zjeść: trafiamy na rosyjską kuchnię. Niech będzie. Zamawiam borszcz i kurice s gribami. Porcja jest gigantyczna, ale oburzam się: w barszczu nie ma buraków: to kapuśniak! Tymczasem do miasteczka wraca para rosyjska: nic nie załatwili, przejście jest zamykane o 18.00. Idziemy do hotelu.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej