Dzień: [0-1] [2] [3] [4-5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31-32] [33] [34]


Chatgał-gercamp Janhay (Chubsuguł)

niedziela, 11. VII 2004


Leżę nad Chubsugułem |Poranny stres |Pojemnik |Na szlaku |Jak tu pięknie! |Wieczorne ognisko


Nad brzegiem Chubsugułu

Leżę w cieniu kilkusetletnich modrzewi, dochodzi piąta godzina. Przede mną szmaragdowe jezioro, lekka bryza gna fale ku kamienistemu brzegowi. Ponad przeciwległym brzegiem Chubsugułu oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów, zacumowały majestatyczne cumulusy. Od czasu do czasu przeleci nade mną mewa, przebiegnie swobodnie biegający koń...
Grzegorz znów zarządził odpoczynek, spróbuję więc powiedzieć, co się działo w ciągu ostatnich kilkunastu godzin.

Rano - zaczęło się od mojego stresu. Cholera! Wciąż te same sytuacje na wakacjach: ja wstaję wcześnie, inni chcą spać dłużej, najlepiej do południa! Tak było na wszystkich obozach pulsowych, na wielu wyjazdach zagranicznych. Ludzie zwykle tłumaczą się, że są wakacje i dlatego chcą pospać dłużej (zwłaszcza po wieczornych imprezach). Ja natomiast chcę wstać wcześniej właśnie dlatego, że są wakacje! Tyle jest przecież rzeczy do poznawania, tyle drogi do przejścia. Odpoczywać to ja mogę w domu! (Oho, już widzę minę mojej żony... ) Jakże trudno dobrać się na wspólnym wyjeździe, zgrać się z porami wstawania, spoczynku i odpoczynku... Lazurowy Chubsuguł...

Była siódma, gdy zbudziło mnie słońce. O 8.30 wychodzę z namiotu myję się i robię kawę. Grzegorz śpi. Hm.
Zamierzam część niepotrzebnych w górach rzeczy pozostawić w Chatgał. Pakuję do wora książki i zbędne ubrania. Grzegorz wysyła mnie po dwulitrową butelkę wody. Po drodze rozmawiam z Ichsajanem. Jego imię oznacza światło, ładne prawda?
Niestety, dziś jest święto - pierwszy dzień Naadamu, sklepy pozamykane, dopiero w odległej kantynie obok dużego dżancanu kupuję 1.5 litrową butelkę wody (600T; później okazuje się, że niepotrzebnie - Grzegorzowi chodziło o POJEMNIK dwulitrowy, 1.5 litra to mniej niż mówią jego zasady chodzenia po górach). Zostawiam worek z rzeczami w ger-campie.

Wychodzimy dopiero o 11.00. Ścieżka prowadzi raz tuż nad wodą, a raz łąką obok. Z żalem patrzę na nieodległe przecież szczyty Gór Chubsugulskich (Bayan nuruu), już chciałbym po nich chodzić. Grzegorz chciał jednak dzień "kondycyjny". Po godzinie marszu skaliste ramię odchodzące od głównego grzbietu schodzi do wody zagradzając przejście. Wchodzimy w las i odnajdujemy końską ścieżkę (szlak znaczony zielonymi plamami na drzewach), która wyprowadza nas na drugą stronę bocznego grzbietu. Tajga w tym rejonie jest mieszana, modrzewiowo-brzozowa, z gęstym poszyciem. Szlak to zbliża się do jeziora, to oddala. Między drzewami błyszczy idealnie przezroczysta woda, z góry widać duże okrąglaki na dnie. Gdyby jeszcze woda nie była tak zimna! Prawda, obiecałem sobie wykąpać się w jeziorze bez względu na temperaturę... Grzegorz powiedział, że kąpiel w Bajkale odmładza o 20 lat; tu, ze względu na mniejszą powierzchnię, liczę na, choćby, 10 lat...
Kwitnący Chubsuguł... Na szlaku spotykamy czasem jeźdźców: to miejscowi, ubrani w tradycyjne strój, del - długi płaszcz przepasany pomarańczowym szalem. Przeprowadzają przez las konie dla turystów lub spieszą na wyścigi konne w Chatgał.

Wczesnym popołudniem słońce ustawia się tak, że Chubsuguł przybiera szmaragdową lub szafirową barwę. Coś fantastycznego! Zupełnie jak na widokówkach z Lazurowego Wybrzeża :-) Zdecydowanie warto było tu przyjechać dla takich obrazków... A jeśli się doda te łąki... Aż kolorowe od kwiatów: żółtych, czerwonych, fioletowych i białych. I jeszcze te zapachy ziół i brzęczenie owadów i ptaszki śpiewające... Mmmmm... Tak, ten pierwszy odcinek drogi wzdłuż Jeziora Chubsuguł jest najładniejszy. Dalej koński szlak krzyżuje się z drogą dla dżipów, pojawiają się ger-campy, czyli "osiedle" kilku, kilkunastu jurt urządzonych dla zachodnich turystów. Nocleg w ger-campie uwalnia, co prawda od noszenia namiotu, ale daje tylko złudzenie, że się spało w mongolskiej jurcie. W rzeczywistości sprzęt w takiej jurcie jest niemal europejski: wygodne łóżka, plastikowe krzesła, świetlówka pod sufitem...

Mijamy ger-camp Hangarid i Dalayn Turleg. Około 19.00 znajdujemy wygodne miejsce na nocleg w lesie tuż nad jeziorem, zrzucamy ciężkie plecaki i buty. Zbieramy opał - jest go tu pod dostatkiem; łamiąc suche konary staję tak nieszczęśliwie nogą, że przeskakuje mi jakaś mała kość w stopie. Będzie mi dokuczać przez kilka dni. Czas na obiad, rozpalam ognisko, Tajga modrzewiowa Grzegorz gotuje zupę z wkładką z mielonki. Płonące ognisko zwabia Mongołów, proponują nam wynajem koni; inny Mongoł - niemowa dosiada się i na migi opowiada, że złapał dziś kilka ryb w jeziorze, a nawet udało mu się jedną sprzedać. Stada jaków przechadzają się brzegiem jeziora, nie mogę przepuścić takiej okazji i błyskam im fleszem po oczach.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej