Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Carcassonne-Narbonne

piątek, 21. VIII 1992


Jak nas policja nie chciała zwinąć | Rozmówki polsko-wietnamskie


Carcassonne To był dzień kryzysu. Na parkingu przed La Cite próbowaliśmy szczęścia przez pół dnia. Liczyliśmy na któryś z polskich autobusów - m. in. na autokar z pielgrzymką ze Śląska. Uprzejmy ksiądz w cywilu stwierdził jednak, że nie wezmą nas na 50-kilometrową trasę do Narbonne - bo ubezpieczenie, bo pielgrzymka, bo nad morzem mają praktyki, modlitwy. Kawał drania. Dobrze wiedział, w jakiej sytuacji jesteśmy. O mało co nie udało się wsiąść do autobusu Włochów choć było to poniżające z powodu uwag pod adresem Papieża.
Po południu próbowaliśmy z kolei łapać stopa na szosie. W końcu zdeterminowani poszliśmy na pobliską policję oświadczając, że nie mamy pieniędzy na powrót, że Francuzi nie chcą nas zabierać autostopem, żeby odwieźli nas najlepiej do Lionu. Głupie to wszystko było - ale świadczyło o przekroczeniu progu odporności psychicznej. Okazało się jednak, że takimi przypadkami zajmuje się policja a my trafiliśmy na żandarmerię. Odeszliśmy z kwitkiem.

Zdecydowałem, że pójdziemy w stronę autostrady, choćby to miało trwać do nocy. I gdy tak szliśmy a ja od niechcenia machałem ręką na samochody, nieoczekiwanie zatrzymał się jakiś kierowca. Spytałem, czy jedzie do Narbonne - tak. Czyli udało się. Rozmowa nie szła jak z płatka. Kierowca - chłopak z dalekiego Wschodu w pewnym momencie spytał Dorotę, czy mówi po francusku a po chwili mnie, czy mówię po angielsku. Po 10 minutach konwersacji!!! OK. Przed pożegnaniem wymieniliśmy adresy.
Nocleg w pobliżu skrzyżowania autostrad przebiegał bez komplikacji, jeśli nie liczyć konieczności wykarczowania miejsca pod namiot wśród przypominających sosnę kłujących krzaków.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej