Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Braszow - Bukareszt

niedziela, 6 . VIII 2006


Przez Karpaty do Bukaresztu |Nocny autobus do Stambułu


Bucegi w Sinaia

Dziś tylko jeden ważny punkt programu: zakup biletu do Stambułu. Gdy będę miał go w garści, to tak, jakbym był jedną nogą w Iranie ;-) Na razie czekał mnie mglisty poranek w Braszowie, niecała godzina na przesiadkę na rapid do Bukaresztu. I tu zaskoczenie: zamiast zabrudzonego i zniszczonego pociągu jak z ubiegłej nocy - na peron wjechał ultranowoczesny zestaw o opływowych kształtach. Jazda do stolicy była więc prawdziwą przyjemnością nie tylko ze względu na towarzyszące mi widoki szczytów Bucegów, ale i komfort jazdy wyremontowaną linią bez skrzypienia i dudnienia na złączach szyn...
O 11.30 byłem w Bukareszcie. Zrezygnowałem z pomysłu podróży do Stambułu bezpośrednim pociągiem o 13.27 (kuszetka 150 ROL), z przykrością stwierdziłem, że Bukareszt dalej nie chce się zeuropeizować (peronówka) i obszedłem okoliczne biura obsługujące linie autobusowe do Turcji. Cena wyjściowa biletu wszędzie ta sama - 125 lei. Star Line spuścił do 100 ROL, Oratogu do 100 ROL, Toros ani bani. Zdecydowałem się więc na Oz turk za 90 ROL (hasło: Polska).
Później krótkie, półgodzinne internetowanie się (1 ROL), chłopak mnie więcej nie wpuści, chciał 1.5 ROL, ha ha! Zwabiony zapachami i widokiem wypieków w okolicznych piekarniach skusiłem się na ciasteczko z budyniem o miłej nazwie polonezku wanilia. Uzupełniłem zapas wody i, po lunchu w pobliskim śmierdzącym parku, zająłem strategiczną pozycję na progu biura Oz Turk. Bukareszt: Parlament

Jadę! Autobus kołysze się na wybojach remontowanych bukareszteńskich ulic. Wszędzie, nawet w centrum, widoczne są zdewastowane budynki straszące kikutami ścian i powybijanymi szybami. Mijamy Parlament, przystajemy na moment przy Autogara Baneasa, skąd odjeżdżają między innymi autobusy do Kiszyniowa. Opcję powrotu przez Mołdawię rozważę wracając z Iranu. Autobus jest półpusty: wiele osób ma po dwa miejsca. A Rumuni palą. Mimo włączonego nawiewu zostałem wzięty w dwa ognie a raczej w dwa dymy. I od razu przypomniały mi się moje chińskie męczarnie.
Granicę rumuńsko-bułgarską w Giurgiu/Ruse pokonujemy w azjatyckim tempie (16.00-19.00). W autobusie głównie Rumuni. Moje naiwne wyobrażenia, że skończyły się czasy szmuglowania towarów na szlaku bałkańskim rozwiały się, gdy ujrzałem grube zwoje dolarów u sympatycznej sąsiadki. No, za taką forsę, to ja mógłbym świat objechać! Oczywiście, nie obyło się bez rozdawania współpasażerom kartonów z papierosami i butelek wódki. Tę noc, podobnie jak dwie poprzednie, spędzam w półśnie.
Granica turecka o 1.00 w nocy, pilotka zbiera po 10 USD za wizę, każdy wkleja sobie naklejkę do paszportu. W dwie godziny później, po trzech kontrolach granicznych ruszamy w drogę do Stambułu.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej