Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]


Bolonia

sobota, 7. VIII 1993


Zwiedzamy miasto | Tu, gdzie Kopernik wkuwał... | Wycieczka do kościoła Madonna di San Luca | Nocleg


Piazza Maggiore Herbata stawia nas na nogi. Dobrze, że mamy zapasy chleba z Polski bo ceny w sklepach przypominają skandynawskie. Po śniadaniu podjeżdżamy do Bolonii. Upał jakby mniejszy, niebo zachmurzyło się, spadło nawet kilka kropli deszczu.
20-minutowy spacer z parkingu do Piazza Maggiore stanowi początek zwiedzania. Siadamy pod fontannowym Neptunem i przeglądamy przewodnik w celu ustalenia trasy. Otoczenie jest atrakcyjne: pałace - Comunale, Re Enzo, kościół San Petronio. Zaczynamy od kościoła - jest olbrzymi. Kręcimy się w kółko szukając na posadzce południka z brązu. W biurze turystycznym zaopatrujemy się w plan miasta (dość niezwykłe: 1. rzadko kiedy informacja jest czynna, 2. rzadko kiedy są darmowe informatory). Ponieważ ekspozycja w ratuszu jest nieczynna, ruszamy wielkomiejskimi ulicami w kierunku bliźniaczych wież, z których jedna wyraźnie się przechyla grożąc zawaleniem. Tu panuje już większy spokój, mniej ludzi, mniej sklepów. Idziemy dalej wzdłuż arkad, tak charakterystycznych dla kilku ostatnich miast - i tak użytecznych podczas upałów.

'No coś ty, to ja stoję prost!' Uniwersytecka dzielnica zajmuje sporą część Bolonii w obrębie obwodnicy. Tu znajduje się kilkanaście uniwersyteckich muzeów. Chcielibyśmy obejrzeć znajdujące się wewnątrz freski, błądzimy po korytarzach, odwiedzamy Mikołaja K. i, natknąwszy się na jakichś pracowników, zapytuję o Muzeum Astronomiczne. Młody człowiek bierze klucz i nas prowadzi. Muzeum składa się z kilku pomieszczeń, trochę tu przyrządów astronomicznych, globusy, mapy. Wychodzimy do obserwatorium, robimy sobie zdjęcia na wieży. Ta wizyta w muzeum była bardzo przyjemnym przeżyciem - specjalnie dla nas je otwarto!

Później kręcimy się w poszukiwaniu Muzeum Anatomii z woskowymi organami; w końcu okazuje się, że i ono jest zamknięte.
Wracamy przez Plac 8. VIII - olbrzymi rynek z ciuchami, patelniami i... butami. Sylwia biega tam i z powrotem próbując znaleźć coś dla siebie. W końcu rezygnujemy nie znajdując właściwego rozmiaru. Kupujemy w supermarkecie ćwierć arbuza i siadamy w parku dla narkomanów i mętów. Nie mamy przy sobie noża, co sprawia, że jedząc arbuz przypominamy dzikusów z III świata (zresztą pasujemy do otoczenia). Mamy dosyć miasta. Wracamy do autobusu. Robimy sobie kawę i idziemy na ławeczkę przy skwerze. Jest 17.00. Ponownie zgłaszam pilotowi - jako jedyną sensowną - propozycję wyjazdu za miasto do kościoła Madonna di San Luca. Wszyscy ją akceptują, lecz kierowca i pilot mają zasadnicze trudności z trafieniem na odpowiednią drogę. Fatalne oznakowanie i nieznajomość włoskiego powodują, że krążymy dobrą godzinę. Autobus na kolejnym zakręcie stromej drogi staje i kierowca oświadcza, że dalej nie da rady jechać. Czeka nas teraz chyba godzinna droga do kościoła. Widoki są fantastyczne, cóż, kiedy kościół zamknięty i trzeba wracać. Przez kraty przyglądamy się najdłuższej attyce ciągnącej się stąd aż do granic miasta.

Madonna di San LucaPo drodze zostaję "sprawdzony" przez Marka - zadaje mi trudne dla przeciętnego człowieka pytanie. Przypadkowo (?) znam odpowiedź - czytaliśmy tę samą książkę. Mój stosunek do Marka staje się bardziej ambiwalentny.
Wieczorem zatrzymujemy się jak zwykle na stacji benzynowej, rozkładamy się za rowem oddzielającym nas od parkingu. Kolejki do WC, szereg kuchenek z błękitnymi płomykami. My jak zwykle ograniczamy się do herbatki, inni pichcą makarony, zupy...
Nieoczekiwanie przyjeżdża drugi autobus trampingu (z I dnia). Przepytujemy się o wrażenia z Włoch i zwiedzania. Wygląda na to, że lepiej wykorzystujemy czas, więcej zwiedzamy. W "I" autobusie znalazło się więcej ludzi chcących wypoczywać, imprezować i, jak się później okazało... handlować. Na szczęście odjeżdżają.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej