Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16-17]


Przysłowie karelskie

Biełomorsk

środa, 23 VII 2003


Jacek walczy |Się porobiło...|Babuszka prowadzi nas w las |Petroglify
|Nad Kanałem Biełomorskim |Energia żizni |Rosyjski mafiozo


Biełomorsk: kierunek petroglify

Rano Jacek dobiera się do półkilogramowego słoja powideł. Era twist-off'ów tu jeszcze nie dotarła, sapie więc i stęka używając najprzeróżniejszych sztućców i technik. Nie mogę się opanować i co chwilę parskam śmiechem.
Na początek krótki przejazd do Biełomorska. To dwie godziny jazdy, czas spędzony z Agnieszką na scrabblach. Moje "brzytwy" przesądzają o wyniku :-)
Miała rację Monika Witkowska pisząc o swych pierwszych wrażeniach z Biełomorska: kameralny budynek stacji, podejrzane typki. Przemek wypytuje o połączenia.


Się porobiło... Napięcie rosło zresztą od kilku dni.. Ludzie w małych grupkach szemrzą, narzekają na różne rzeczy, na organizację, na duże wydatki... Z mojego punktu widzenia, zaczęło się od tego, że w drodze z Sołowek dowiedziałem się że pojedziemy do Biełomorska oglądać petroglify. Było to dla mnie zaskoczeniem, bo choć wiedziałem, że petroglify są jedną z atrakcji Karelii, to nie było ich w planach wycieczki. Była natomiast Sortowała i Wałaam! Ludzie zaczęli dyskutować jak to zorganizować, kiedy jechać itd. Widać było, że część osób jest bardziej zainteresowana Petersburgiem a sama Karelia jest tylko koniecznym dodatkiem. Ja natomiast, wychodząc z założenia, że mając wybór i możliwości lepiej zwiedzać mniej dostępne, odleglejsze miejsca - uważałem, że nie należy rezygnować z Wałaam na rzecz Petersburga.
Biełomorsk: petroglify Atmosfera niepewności i niejasności, jak będzie wyglądać dalszy ciąg wycieczki, narastała i nawet zebranie organizacyjne nic nie wyjaśniło, choć niewątpliwie była okazja by tak zrobić. Przed dworcem w Biełomorsku doszło do burzliwej dyskusji zakończonej "głosowaniem" czy z Pietrozawodska jechać do Wałaam czy wprost do Petersburga. Świadomie dodaję ten cudzysłów, gdyż na moment przed głosowaniem Przemek użył argumentu wprost niewiarygodnego: do Sortowały są potrzebne przepustki. To znaczy prawdopodobnie są potrzebne, jak się poprawił. Przy okazji przypomniano zeszłoroczną sytuację z zatrzymaniem grupy, która znalazła się bez przepustek w niedozwolonym miejscu. Nie było to ok, gdyż zatrzymanie dotyczyło, z tego co wiem, ludzi, którzy twierdzili że mają przepustki choć w rzeczywistości ich nie mieli. Poza tym: jak można układać plan wycieczki obejmujący Wałaam a potem ni stąd ni z owąd rzucać hasło "przepustek" *). Nie podoba mi się to. Mało tego - mam wrażenie, że decyzja o rezygnacji z Wałaam została już wcześniej podjęta a argument o przepustkach miał tylko zniechęcić opornych. Nie rozumiem takiego postępowania organizatora: skoro wycieczka miała mieć charakter rozpoznawczy, przygotowujący logistycznie do przyszłych komercyjnych wyjazdów, to ja na jego miejscu starałbym się dostać we wszystkie, najbardziej niedostępne miejsca, nawet ryzykując, że coś się nie uda - ważne byłoby poznanie jakie są realne warunki podróżowania/noclegu itp. A także stwierdzeniu, czy warto tam jechać, czy się opłaca. Zwłaszcza, kiedy Petersburg jest "terenem" znanym i opanowanym logistycznie. Naprawdę nie rozumiem. Widać jednak, że była duża grupa nacisku, optująca za Petersburgiem. Biełomorsk: petroglify
W tej sytuacji głosowanie było formalnością. Sytuację skomplikował dodatkowo Przemek - dowiadywanie się o możliwe połączenia do i z Pietrozawodska zostawił na ostatnią chwilę to jest do dzisiaj. Mimo sugestii nie chciał zadzwonić na dworzec autobusowy w Petrozawodsku stwierdzając: "zakładamy, że będzie połączenie". Ta filozofia "zakładania" właśnie dziś zawiodła. Mimo, że na tej trasie do Pietrozawodska i dalej do Petersburga kursuje dużo pociągów, nagle okazało się, że nie ma wystarczającej ilości biletów dla nas na popołudniowy pociąg do Petersburga. Jedynym rozwiązaniem był wyjazd do Pietrozawodska i spędzenie całego dnia w stolicy w oczekiwaniu na nocny pociąg do Petersburga.


Bilety kupione, z niezbyt przyjaznymi myślami biorę swój - z wypisanym a jakże! nazwiskiem. No dobrze, może petroglify poprawią mi nastrój. Przechodzimy przez tory i osiedle mieszkaniowe (mapka). Szybkim krokiem dochodzę do przystanku, szybki wywiad wśród miejscowych - właśnie nadjeżdża właściwy autobus, następny za 1.5 godziny - a grupy nie ma. Zdenerwowany krzyczę, by się pospieszyli, w ostatniej chwili dobiegają i ładują się do środka. Hm...
Po godzinie docieramy do miejscowości Wygostrow. Okazuje się, że miejscowe muzeum z petroglifami jest od lat w remoncie - niedostępne dla nas(?), ale miejscowi ludzie mogą pokazać nam pozostawione ryty w lesie. Korzystamy z usług przewodnickich miłej babuszki. Dróżka prowadzi nas zasadniczo wzdłuż rzeki, raz i drugi musimy ściągać buty, by się przeprawić przez niewielki strumień (mapka). Muszę powiedzieć, że ładnie tu. I trochę inaczej niż w polskim lesie. Trafiają się całe połacie porostów: nie znam się na nich - ale takich białych w Polsce nie widziałem. Kilka razy zatrzymujemy się przy olbrzymich głazach i kobieta pokazuje nam pojedyncze rysunki przedstawiające ludzi lub zwierzęta. Przy okazji opowiada nam historię odkrycia skalnych rytów w tym miejscu. Stało się to za sprawą budowy gidroelektrostancji czyli zapory i elektrowni na miejscowej rzece. Tam, gdzie kobiecina 50 lat temu pływała łódką po rzece, woda opadła i wyłoniła się wysepka z setkami rysunków. Obecnie znajdują się one we wspomnianym muzeum. Słucham jej opowiadań i zastanawiam się, czy aby nie są to zwykłe "tourist stories", głodne kawałki wciskane nam, tak jak to miało miejsce w Kapadocji. Dopuszczam nawet myśl, że muzeum jest czynne a spryciulka chce zarobić na innostrancach... Jedno jest pewne: bez jej pomocy tak łatwo byśmy tych petroglifów w lesie nie znaleźli...

Biełomorsk: petroglify

W pół godziny później jesteśmy na miejscu. Przed nami duża polana będąca w istocie gigantyczną płaską skałą poprzecinaną strumyczkami i zagłębieniami, w które wpijają się mchy i krzaczki. Babcia prowadzi nas od rysunku do rysunku pomagając przy tym w ich interpretacji. Tam gdzie ja widzę żabę - jest czarownik, podłużny obły kształt - to wieloryb, a jakże. Wszystko to zapewne wie od profesorów z Petersburga, którzy tu kiedyś przyjeżdżali... Tak czy owak, z dużym zainteresowaniem oglądamy wyryte postacie wojowników z łukami, jelenie i żubry. I pomyśleć, że rysunki te mają 4000 lat... A mu tu tak sobie po nich chodzimy... Później rozbiegamy się po płaskowyżu i każdy na własną rękę próbuje coś "odkryć"... Ostatni raz oglądałem podobne rysunki w Wadi Rum w Jordanii. To naprawdę fascynujące oglądać tak stare zabytki ludzkości. Czy to na gorącej bliskowschodniej pustyni czy w mroźnej Karelii widać tę samą chęć uwiecznienia codzienności: scen z polowaniami, zwierząt i wojowników...

Biełomorska tajga Tak, warto było tu przyjechać... Siadamy przy strumyczku i odpoczywamy. I byłoby całkiem przyjemnie, gdyby nie zmasowane ataki komarów. Babina już na wstępie zaoferowała miejscowy specyfik - najodważniejsi się nim nasmarowali - ale widać niewiele pomaga bo wciąż machają rękami. Ja wierzę w swój Autan - komar nie siada!
Rosjanka za oprowadzanie chce od nas 1000 rubli. Ma tupet! Przecież to tutejsze kilkumiesięczne zarobki. Ostatecznie płacimy jej zdaje się 500 czy 700 rubli. Ja wiem, że na jeden nasz łeb wychodzi niewiele - ale tu chodzi o zasadę: to tak jakbym wziął wycieczkę na Wawel i zażądał za 2 godziny 5000 zł. Nie można miejscowych tak rozpieszczać bo to niemoralne.

Wracamy na szosę i stąd czeka nas krótki spacer nad śluzę Kanału Biełomorskiego (mapka). Wypada to miejsce również zobaczyć. Taka nikomu niepotrzebna inwestycja! Z tak ponurą historią... Zdaje się, że tu zdjęć robić nie wolno. Jakaś baba pilnująca tego strategicznego obiektu tak przynajmniej krzyczy widząc nasze aparaty. Hm... przcież nie ją fotografuję...
Powrót do Biełomorska odbywa się przepotopowym autobusem - widać dostosowanym do historycznych pamiątek okolicy. Są, co prawda w nim dwa(!) prędkościomierze, licznik kilometrów i kilka innych wskaźników, ale żaden z nich nawet nie drga. Mimo to jedziemy. Tylko skąd tu tyle ludzi?!

W Biełomorsku trafiamy na dużą imprezą rockową. "Energia życia" gromadzi przed estradą kilka tysięcy osób. No, to jest wydarzenie! Stoją tu młodzi, kobiety z wózkami, dziady wszelakie... pijaczki i milicjanci... Słów nie da się zrozumieć ale jest wystarczająco głośno, by można było słuchać muzyki w każdym miejscu Biełomorska. Korzystamy z tego i rozchodzimy się. Większość czasu spędzam z Magdą i Kubą. Wieczorny pociąg zabiera nas do Pietrozawodska.

Kanał Biełomorski

Tym razem jesteśmy porozrzucani w różnych częściach wagonu. Trafiam na górną półkę, pode mną będzie spał Rosjanin. Póki co siedzimy na parterze. Siedzimy razem i zaczynam się czuć coraz bardziej nieswojo. Dlaczego on siedzi w kożuszku? Przecież ja ledwo zipię w tym upale. Dlaczego on jest taki nieruchomy? W ogóle nie rozgląda się, milczy i nawet się nie uśmiecha? Dlaczego on ma tyle blizn i tatuaży? I tak głęboko osadzone oczy? Obok na ławce leży jego na wpół wojskowa czapka. Ale gdzie ma bagaż?! Maciek przyglądający się również uważnie mężczyźnie nachyla się do mnie szepcze: "To terrorysta! I ma ładunki na sobie!" Cholera! wcale mi się nie chce śmiać. Facet wygląda dokładnie tak, jak rosyjscy mafiozi z filmu Kriminalnaja Rossija. Jestem solidnie zestresowany. Gdy wychodzi na chwilę do ubikacji, szybko podnoszę ławkę, gdzie trzyma się bagaże: tak! ma tam torbę! "Pewnie z bombą" - dodaje Maciek... Teraz skupiam się na pilnowaniu faceta, by nie zniknął na kolejnej stacji pozostawiając w pociągu ładunek... A jeśli mu w nocy przypadkiem wybuchnie? Dlaczego ja się zamieniłem miejscem z Arkiem?! Grhh...

_________________

*) W Pietrozawodsku, w Ministerstwie Turystyki Republiki Karelii, urzędnik wyjaśnił mi i Maćkowi, że przepustki do Sortowały nie są potrzebne.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej