Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Ardabil-Ahar-Kaleybar

poniedziałek, 28 VIII 2006


Żegnam się z Jarkiem |Piękne okolice Ardabil |Wciąż te kłótnie i stresy...


Pola ryżowe pod Astaną

Dziś dzień pożegnalny. Jarek jedzie do Teheranu, ja do Ardabil. Pakujemy się, śniadanie nieco się przeciąga, o 9.30 jesteśmy na głównym dworcu. Jarek kupuje swój bilet, ze mną jest kłopot, hotelarz z "Golestanu" wprowadził mnie w błąd. Stąd nie można jechać do Ardabil. OK. Na razie się żegnamy. Muszę powiedzieć, że dobrze jeździło mi się z Jarkiem. To zgodny, bezkonfliktowy i uczynny człowiek.
No dobrze, czas na ciąg dalszy Iranu. Taksówkarze chcą ode mnie 10.000 IRR za przejazd na terminal Valiasr, kolejny kierowca wykazuje przebłysk uczynności i na obwodnicy zatrzymuje dla mnie autobus jadący do Ardabil. Przede mną 4 godziny jazdy. Przynajmniej teoretycznie. Autobus to słaby khorgo, jedziemy przez Fuman i dopiero po godzinie zjeżdżamy w stronę nadmorskiej szosy i kierujemy się w stronę Astany. Nawet i tu mimo bliskości Morza Kaspijskiego jest parno i gorąco. Skórę pokrytą mam potem, ubranie klei się do ciała. Podobno w Ardabil jest dobra pogoda, twierdzi poznany Irańczyk. Daje mi wizytówkę ojca: "Kury i Jajka". OK, na pewno skorzystam. Chłopak jest miły, ale rozmowa jest utrudniona przez brak słów angielskich.
Mój sympatyczny wspólpasażer W autobusie doświadczam zabawnej pomyłki. W pewnym momencie jeszcze na przystanku wszedł 30-latek i nawiedzonym głosem zaczął o czymś opowiadać. Ja pogrążyłem się w uzupełnianiu notatek i nie zwracałem uwagi na niego. Gdy w chwilę później zbierał datki na coś ( może na chore dziecko, może na Hezbollach) ja odruchowo dałem mu 10.000 IRR sądząc, że płacę za przejazd. Otrzeźwiły mnie dopiero zdumione spojrzenia współpasażerów i głośne komentarze. Był to jednak uczciwy datkobiorca, gdyż wydał mi z 10.000 IRR wszystko, co uzbierał w autobusie, czyli 4.000 IRR
. Na postoju znajomy Irańczyk zwraca mi uwagę, bym nie pozostawiał bez opieki plecaczka. "Turcja jest blisko" - mówi. Hm... czyżby stereotyp Turka-złodzieja? Hm... Chłopak wybiera się za rok do Mekki, miesiąc temu był w Stambule. Irańczycy ponoć nie potrzebują wizy a paszporty mają w domu. Ciekawe, czy 20-letnia Iranka też tak może podróżować do zdemoralizowanej Turcji?

Droga z Astany do Ardabil jest przepiękna, podróżnik przyzwyczajony do nagich, skalistych gór w Iranie może być zaskoczony bujnością przyrody. Piękne, zielone lasy gęsto porastające krętą dolinę przypominają Bieszczady. Na trawiastych grzbietach dostrzegam dwie twierdze - zwane tu kalakh. Za grzbietem - mówi Irańczyk - już Azerbejdżan. Ta cudna kraina znana jest z produkcji miodu. Co kilkaset metrów sprzedawcy rozłożyli swe stoiska ze złocistym płynem. Po drugiej stronie przełęczy, gdy wyjeżdżamy z tunelu - całkowite zaskoczenie: krajobraz ulega zmianie, znów wyschnięte łąki, mało upraw.
Na głównym dworcu w Ardabil mała komplikacja: brak autobusu do Ahar, trzeba jechać na terminal Watahi. Z "moim" Irańczykiem wsiadamy do samochodu znajomego (a może i nieznajomego, kto ich tam wie?) i zasuwamy na dworzec obwodnicą. Tu czeka już autobus do Meshgin Shahr. I w tym autobusie wzbudzam zainteresowanie. Dziadek w filcowym kapeluszu dużo ze mną rozmawia. Na wszystkie jego kwestie wypowiadane po ormiańsku odpowiadam uśmiechem i skinieniem głowy. Angielskojęzyczna czadorówna daje mi z własnej inicjatywy swego mejla - cóż robić, przepisuję go do dzienniczka. Robi się późno, dochodzi 17.00 a do Meshgin Shahr jeszcze 30 kilometrów. Czy zdążę dziś dojechać do Kaleybar? Zrezygnowałem ze zwiedzania Ardabil: oglądnięcie mauzoleum i kilku mostów wymagałoby pozostania na noc w tym mieście. Oczywiście, nigdzie się nie spieszę, czas mnie nie goni, po prostu chciałbym nocować poza miastem. Meczet w Meshgin Shahr

W Meshgin Shahr wsiadam z panienkami do taksówki, przejeżdżamy przez całe miasto na postój savaris do Aharu, płacą za kurs, nie chcą ode mnie pieniędzy. "You are my guest". Sprawdziły cenę transportu do Aharu - 10.000 IRR. Ładnie się żegnają.
Zobaczymy, jak będzie. Jadąc w savaris z trójką innych mężczyzn przyglądam się potężnej górze. To Mt. Sabalan - 4811 m n.p.m.. Mgła spowija wierzchołek, lecz oto wiatr odsuwa na chwilę chmury i widzę wieczny śnieg pokrywający szczyt.. Zachodzące słońce na moment zabarwia mgiełkę pięknym tęczowym łukiem... Również i ta jednogodzinna podróż jest zachwycająca. Pędzimy z prędkością 120km/h po szerokiej jezdni, ścinamy zakręty. Mijamy gliniane wioski położone na wzgórzach niczym marokańskie kasby. A góry... mmmmm paluszki lizać...
Wpadamy na wąskie uliczki Agaru, kierowca przekazuje mnie innemu, jadącemu do Kaleybar. Irańczyk wraca z rodziną do domu. Zachodzi słońce, chmury tworzą różnokolorowe pióropusze, niebo mieni się krwistymi barwami, by w końcu ściemnieć. Nad górami pojawia się księżyc. A my wciąż jedziemy bez zapalonych świateł, czasem tylko błysk światła wyławia z mroku chłopca na osiołku lub chłopa spędzającego owce do zagrody. W kolejnej, nieckowatej dolinie rozłożyła się wioska. Jej migające światełka przywodzą na myśl dogasające ognisko... Jest tu tak niezwykle, patrzę na te obrazy przesuwające się przed przednią szybą, prawie nie słyszę silnika, czuję tę wielką pustkę wokół i ciszę. Irańczycy rozmawiają głównie ze sobą, przysłuchuję się tej dziwnej mowie. Troszkę przysypiam. Cieszę się, że długa droga dobiega dziś końca, że za chwilę będę na miejscu. Jest tak sympatycznie, tak przyjemnie.

Do czasu! Pod hotelem "Aras" Irańczyk żąda 20.000 IRR z pewnością dwukrotnie podbijając cenę. Nie kłócę się (wszak nie umówiłem się wcześniej), lecz niesmak pozostaje. Kolejny cios dotyka mnie w hotelu - jest nieczynny, trwa malowanie. Nie mogę się doczekać z ekipą remontową. Chłopak dzwoni niby do hotelu "Babak", później ja rozmawiam z anglojęzycznym Irańczykiem. Twierdzi, że hotel jest 10 minut spacerkiem ceny są podobne jak w "Arasie". Na miejscu okazuje się, że chodziło mu o dość drogi hotel "Kaleybar". Złoszczę się, ale zmęczenie nie pozwala mi wybuchnąć. Jestem po prostu rozczarowany tym naciąganiem i dezinformacją. Płacę 50.000 IRR (dwójka). By ukoić nerwy idę po pepsi i siadam na pół godziny w kafejce internetowej.
Zobaczymy, jak będzie.
Dolina Kaleybar; w głębi skała z Zamkiem Babak Jestem już teraz w hotelu, skończyły się już dzisiejsze stresy, jutro pewnie będą nowe ;-) Wściekłość na Irańczyków miesza mi się z sympatią do nich. Z jednej strony chcę tu jeszcze zostać kilka dni, z drugiej - mam już dość tego kraju. Po prostu zmęczony jestem.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej